"To przez ciebie! Nie dopilnowałaś dziecka!" - Flow Mummmy
DZIECI

„To przez ciebie! Nie dopilnowałaś dziecka!”

Opowiem Ci pewną historię.

7 lat temu, gdy Filipek był jeszcze malutki, rozciął sobie węzidełko górne. Nie brzmi strasznie prawda? Muszę Ci jednak przedstawić chyba całą sytuacj: Filipek upadł, bo zabrał ze stołu rurkę do picia, wsadził do buzi i zaczął uciekać. Upadł. Krew była wszędzie. Nie przesadzam. Jama ustna człowieka jest cholernie ukrwiona i byle ranka sprawia, że krew cieknie i cieknie.

Było pogotowie, bo matka panikara, było stwierdzenie „nic poważnego się nie stało, więcej paniki niż to warte”. I ok. Ale co wtedy czułam to moje. Niedopilnowałam.

To był pierwszy mój „horror”. Kolejny będę pamiętać do końca życia.

28

2 lata temu, a dokładniej 26 miesięcy temu, Brunek uległ poważnemu poparzeniu – wylał na siebie kubek gorącej herbaty. Jak to się stało? Dokładnie tak samo, jak wszystkie inne historie tego typu: „odwróciłam się tylko na sekundę”. Poparzone były szyja, bark, ramię. Chociaż słowo „poparzone” kompletnie nie oddaje tego, jak to wszystko wyglądało. Skóra kompletnie zeszła. Nie było jej. Czy jesteś w stanie sobie to wyobrazić? Ten ból, ten krzyk? Nie będę Ci wszystkiego opisywać. Zresztą chyba sama nie wszystko dokładnie pamiętam. Psychika ludzka potrafi skutecznie wyprzeć z pamięci okropne zdarzenia. Był szpital, była karetka, była morfina dla dziecka, zmienianie opatrunków co 2 dni w szpitalu. Był koszmar każdego rodzica. Dzięki bogu, że opatrunki były tak zajebiste, że dzisiaj po wypadku nie ma śladu. Nic. Oprócz tego w mojej głowie. Do dzisiaj mam retrospekcje tamtego dnia. Wiesz co pamiętam? Nie płacz, nie krzyk, nie beznadzieję. Pamiętam widok małego Brusia chwytającego kubek i upadającego z nim na ziemię. Żaden, nawet nawiększy horror, nie może się z tym równać…

„…tylko na sekundę!”

Wiesz dlaczego o tym piszę?

Dzisiaj na Instagramie (TUTAJ MÓJ) oznaczyła mnie w rozmowie pewna dziewczyna. Wrzuciła zdjęcie dziecka z guzem na głowie (czy istnieją w ogóle dzieci, które w życiu takiego guza nie miały?!) – zwykła fota, jak każda inna. Została zaatakowana przez inną matkę, za niedopilnowanie dziecka. Nie chcesz wiedzieć jakie przekleństwa wtedy miałam w głowie. Nie na temat tej dziewczyny. Tylko na temat osoby, która miała czelność oskarżać inną mamę o niedopilnowanie jej największego szczęścia.

Jestem optymistką. Nie myślę o złych rzeczach, kompletnie je od siebie odrzucam. Ale to nie znaczy, że one się nie dzieją!!!

Żadna, powtarzam żadna i nikt mi nie wmówi, że może być inaczej, osoba świata, nie jest w stanie powstrzymać dziecka przed upadkiem, skaleczeniem. I tak, wiem, że ta pieprzona herbata powinna stać dalej. I nie szkodzi, że stałam obok, nieważne! Odwróciłam się na sekundę, odwróciłam się, bo płakać zaczął 4 miesięczny Teodorek, odwróciłam się i na sekundę puściłam ucho kubka. Niedopilnowałam? Pewnie mogłam zrobić pierdylion kurwa rzeczy, żeby ta tragedia nie miała miejsca. Ale się wydarzyła, bo wypadki czasami się po prostu zdarzają. Bo dzieci nie da się dopilnować zawsze i wszędzie. Bo dzieci upadają, bo biegają, bo kombinują, bo się wspinają, bo są dziećmi. I chociaż naszym obowiązkiem jest im zapewnić bezpieczeństwo, to nie jesteśmy w stanie im go w 100% zagwarantować.

Chciałabym, naprawdę bym chciała, zresztą wierzę że Ty też, ochronić swoje dzieci przed całą krzywdą świata. Zrobiłabym wszystko, żeby nigdy nie musiały płakać, żeby nigdy nie bolał je brzuszek, żeby nie złamały rączki na rowerku, nie obiły kolan podczas gry w piłkę. Ale tak się po prostu nie da. Życie jest okrutne, życie boli, w życiu człowiek upada i obija się. I chociaż robiłybyśmy wszystko, nie spuszczały malucha nigdy z oczu (co jest niemożliwe! i wszyscy o tym doskonale wiemy!), to nie zdołamy go ochronić przed wszystkim. A stwierdzenie „gdybyś go pilnowała, nic by się nie stało” w 90% nie ma nic wspólnego z rzeczywitością.

PS.

Strasznie to dla mnie trudny i emocjonalny wpis. Nikt nie ma prawa osądzać innego rodzica, nikt nie ma prawa mówić „to twoja wina” do matki, której dziecku coś się stało, której historii zna zaledwie strzępek. Jest to wstrętne, okropne i naprawdę potrafi zniszczyć kobietę, która i tak ma wystarczająco ogromne wyrzuty sumienia „bo nie dopilnowała”…

Zdjęcie na górze zostało zrobione, kiedy Brusio miał jeszcze na szyi i barku opatrunek. Uwielbiam je i nienawidzę jednocześnie. Chyba rozumiesz dlaczego…

 


Free PDF    Send article as PDF   

23 komentarze

  • U mnie historia taka sama. Moja córka mając rok i 4 miesiące wylała na siebie wrzątek. Dlaczego? Bo odwróciłam się od stołu żeby wrzucić do zlewu łyżeczkę. A właściwie tego nie zrobiłam bo od razu usłyszałam ten przeraźliwy krzyk. Do wanny, pod zimną wodę i do szpitala (mieszkaliśmy od niego 3 km więc szybciej było własnym autem). Tydzień w szpitalu, opatrunki, kremy… i ta spuchnięta maleńka buźka, że aż oczka nie było widać. I to wszystko „przeze mnie”. na szczęście też nie ma śladów (wspaniały chirurg który wiedział jak temu zapobiec) i wiesz co dodało mi największej otuchy? Moja koleżanka, która mając 3 lata, wpadła do wanny z wrzątkiem, kiedy mama szykowała dla niej kąpiel i która ma blizny na sporej części ciała powiedziała „Kasia, pamiętaj, nigdy, nawet przez jedną sekundę nie miałam pretensji do mamy o to co się stało”.

  • oj tak… wiem o czym piszesz Flow… mi upadł mój wtedy dwumiesieczny syn… jak jechalismy do szpitala darlam się w aucie jak rabnieta, nie mogli mnie uspokoić. Dwa tygodnie po tym nie chcialam brać dziecka na ręce, nie chcialam z nim wychodzic… traumę mam po tym do dziś i ataki paniki. Coś okropnego. Ale trzeba sobie wybaczyć dla dobra dziecka i swojego dobra…

  • Ja mam 2 takie tragedie i mimo że mój synek jest cały zdrowy i nie pamięta żadnej z tych historii to ja snie o nich bardzo często. Uczucia które im towarzyszą sa najgorsza traumą w moim życiu.

  • Doskonale rozumiem o czym piszesz, mój Mikołaj poparzył się kawą, prawie rok temu, miał wtedy rok i 2 miesiące. Miał poparzoną lewą cześć ciała (twarz, szyję bark, rękę i tors na całej powierzchni aż do pępka). To co się wtedy działo zostanie ze mną na zawsze. Ten strach, to poczucie winy, ten ból, że nie mogę ulżyć mu w cierpieniu. Najgorsze półtora tygodnia mojego życia.

  • Nie dopilniwałam. Pakowaliśmy się na święta, a ja półprzytomna przebierałam małą. Obróciłam się na ćwierć sekundy po spodenki. Do dziś mam przed oczami widok mojego dziecka spadającego z przewijaka. I nikomu o tym nie mówię by nie widzieć tego wzroku z pytaniem jak mogłam do tego dopuścić. Ale wiem, też,że to się zdarza i przydarzy jeszcze pewnie pierdyliard razy. Dzięki za tekst – w imieniu swoim i wszystkich matek :*

  • My też mieliśmy wypadek z zerwaniem wiezadelka górnego. Wakacje nad morzem, syn (1,5 lat) bawi się dużą ciężarówką i nagle przewraca się i uderza buzia w auto. Oczywiście przeraźliwy płacz, pełno krwi. Myśleliśmy że zęby wybił. Masakra:(

  • Dżizas, jak dobrze Cię rozumiem. Z moimi Młodymi przeżyliśmy cały wachlarz sytuacji, w których „przecież mogłam bardziej uważać/skupić się na dziecku/mieć oczy po stronie dupy”. Rurka od Lego wsadzona w nos tak głęboko, że nie było jej widać, połknięty klocek i rzężenie w nocy, mała rączka na gorącej żarówce od lampki nocnej… Wszystko to wciąż pamiętam, jakby zdarzyło się wczoraj, a minęło już sporo lat. Nie da się, nikt nie ma kurwa takiej mocy (sorry, ja też się emocjonuję, jak o tym myślę), żeby uchronić dzieci przed wszystkim złym. Uważam, że my matki i tak jesteśmy Superbohaterkami (I’m a Mother, what’s your superpower?! 😉 ) robiąc to wszystko, co robimy. I masz rację, nie dajmy sobie dokładać do pieca, pozwalać innym oceniać, pozwalać krytykować i oczerniać. Chrońmy i brońmy siebie nawzajem, tak, jak robimy to dla swoich dzieci. W kupie siła 😉
    PS. Pamiętam, gdy byłam dzieckiem, stanęłam nogą na rozgrzaną maszynkę elektryczną. To było pierdyliard lat temu, ale nikt, absolutnie ani jedna osoba, nie śmiała powiedzieć moim rodzicom, że nie dopilnowali, że to ich wina, że są złymi rodzicami. Czasem myślę, że w poprzednim stuleciu dużo łatwiej się rodzicowało…

  • Wiem co czulas/czujes. Rowniez mialam podobna sytuacje, chwila moment i Julia poparzyla sie wrzatkiem z czajnika, obie raczki, bark. Miala okolo1,5 roku. Na szczescie dzisiaj nie ma zadnego sladu, ale co przezylam to moje. A najbardziej bolalo jak dosc bliskie osoby mowily ze ‚Twoja wina’. Ludzie sie nie zastanawia aby tylko klepnac glupote…
    P.s. Fajni jestescie !:) obserwuje Was na Insta!!:)

  • U mnie to samo. Corka wylala na siebie goraca herbate. Bylam tak blisko a jednoczesnie tak daleko? minely juz 4 lata. Cierpienie jest takie jakby to bylo wczoraj. Co wieczor podczas kapieli przezywam to na nowo gdy widze blizne po przeszczepie skory. Nic nie jest w stanie wymazac tego z pamieci nawet wiedza o tym ze „przeciez wypadki sie zdazaja”.

  • Mam tak samo. Chciałabym, żeby żadna zła rzecz i żadne nieszczęście nie przytrafiło się moim dzieciom… Chciałabym, jednak nie mogę być z nimi 24/7. Dlatego proszę, by uważały, proszę aż do znudzenia. Ale zdarzyło się i u nas poparzenie. Moja niespełna dwuletnia córcia (teraz ma 5 lat) poparzyła się gorącą wodą, która została w czajniku, po tym jak zrobiliśmy jej mleko. Byliśmy wówczas na wyjeździe ostatni dzień pobytu, na kilka godzin przed wyjazdem do domu. Szok, obeinianie sie nawzajemn i kompletna pustka w glowie co robic. Na szczęście poparzenie objęło tylko stopę, jednak do dziś się zastanawiam jak bardzo musiała cierpieć i jaka była dzielna w tym wszystkim, a my jacy bezradnie. Gdy kilka miesięcy temu oparzyłam sobie palec patelnią, ból był nie do zniesienia. A tu malutkie ciałko musiało przyjąć więcej przy poparzeniu. Dziś nie ma śladu, ona nie pamięta, a ja wiecznie tym przerażona. Twój Bruno i moja Hania to mało bohaterowie. Ściskam

  • Znam to. Ja się na chwile odwróciłam do noworodka- a mój 3 latek wsadził sobie surowa marchewkę do nosa- teraz śmieszne nie dało się tego wyjąć, potrzebny laryngolog, a 3 lata póżniej mlodszy syn wylal na siebie gorącą kawe, miał czerwony pasek przez klatke piersiową, jeszcze w upaly, a w te ferie zderzyli się na sankach, usg i rtg glowy mlodszego bo sliwka na 3/4 czoła,a pózniej obaj chodzili jak pięściarze po walkach poobijani. W każdej tej sytuacji byliśmy my- rodzice zaraz obok.

  • O matko… przecież nie da się upilnować dziecka. Jak jesteś w jednym kącie pokoju, a mały w drugim i widzisz – klatka po klatce jak na zwolnionym filmie, że się potknął i zaczyna lecieć to rzucisz się na szczupaka? No nie. Lecisz szybko, podnosisz pocieszasz i dziekujesz wszystkiemu na świecie, że niosł miśka a nie plastikowy klocek. Ale czasami niesie klocek i później ma ślad po wbitym w policzek/brode/szyje klocku.
    Dziecko zawsze stoi te 50cm za daleko, nawet jak rzucisz się na podłogę żeby go ratować to i tak zabraknie kilku cm.
    No i oczywiście wypadki zdarzają się zawsze wtedy kiedy się mruga – spod zamykających powiek widzisz jak coś łapie, albo plączą się mu nogi… Zanim zdarzysz otworzyć oczy to już się dzieje…
    Każdemu się to przydarza, ale w necie fajnie jest napisać, że „mi nie – ja zawsze dopilnuje dziecka”…

  • Masz po stokroć rację!!!
    Pamiętam jak kiedyś moja mała córeczka biegała wokół ławy w skarpetkach i oczywiście pośliznęła się. Upadła prosto na kant. Guz na głowie rósł w oczach. Spanikowana pojechałam na izbę przyjęć do szpitalika dziecięcego, żeby jakiś lekarz ją zbadał. A pierwsze pytanie pana doktora brzmiało: „I czym cię ta matka uderzyła?” Nie powiem czym chciałam rzucić w tego faceta. Na szczęście moja córeczka była bardzo rezolutna i opowiedziała jak było – bardzo składnie jak na 4-latkę. Gdyby to pytanie trafiło na starszą, mniej śmiałą córkę – pewnie miałabym kłopoty. I tak myślę sobie, że czasem taka podejrzliwość bywa bardzo krzywdząca. I jeszcze z doświadczenia życiowego – jako matka 2 dorosłych córek oraz jako nauczycielka – wiem, że nie ma możliwości, żeby dziecko NIGDY przez całe dzieciństwo nie zrobiło sobie krzywdy. Wypadki zdarzają się, bez względu na nasze starania. Zresztą dzięki nim nasze dzieci uczą się dbać o własne zdrowie i bezpieczeństwo. Jak mówią starzy górale : Jak sie nie przewrócis, to sie nie nałucys 😉

  • Mój synek jak miał osiem miesięcy zjechał w chodziku z szesnastu schodków. Nie było mnie wtedy w domu bo akurat pojechałam na zajęcia (uczyłam się zaocznie w weekendy). Synek został z tata. Ktoś niedomknal drzwi tatuś robił kaszke chwila nieuwagi i maluch wyjechal. Jak sie dowiedzialam to biegiem na pogotowie i ich szukam. Na szczescie oprocz zdartej brody i kilku malych siniakow nic mu nie bylo. Ale tyle strachu co sie najadlam to sobie nie wyobrażam nawet nie chce myslec jak musial sie czuc moj partner w koncu to on sie opiekowal Wojtusiem. Teraz mamy jeszcze dwoje dzieci i oboje bardzo rzadko były w chodziku.

    • Hej dobrze ze się tak skończyło. A ja jak miałam niecale4 lata tata mnie z górki do pół zamarznietej rzeczki wpuścił na sankach akurat ten 1 raz saneczki tak skręciły … pamiętam to do dziś mimo że byłam mała …..tata nie mógł wejść na lód bobysmy wpadli a tam była dziuratować kolo wodospadu. Na szczęście przyczolgał się do mnie i oprócz przemęczenia wszystko ok .(*) szkoda ze mój tata nie może teraz oglądać moich 3 urwisów ale zachowanie zimnej krwi mam po nim . Przerabialam krztuszenie się, przecięta warge, głowę między barierkami , wybiegniecie dwulatka na dziurawy most w remoncie ….

  • Ktoś kto krytykuje że się nie dopilnowało dziecka zrozumie dopiero wtedy kiedy jego dziecku coś się stanie.Moje młodsze odkąd zaczęło raczkować zawsze jest poobijane, z siniakami akurat na głowie(całe szczęście nic poważnego) i dzieje się to najczęściej wtedy kiedy jestem blisko i patrzę. No i co z tego że niby pilnuję i jestem na wyciągnięcie ręki . jakby mi ktoś powiedział że to moja wina to bym chyba oczy wydrapała.Oczywiście kiedy dziecko zrobi sobie krzywdę w czasie pobytu u teściowej to już inna historia. ..:-)

  • Moj teraz dwuletni synek, jak mial roczek to zawsze jak bylo cos nie po jego mysli bil glowa w podloge. Juz mi sil brakowalo, bo nie wiadomo co myslec. Powstrzymywalam jak moglam ale czasem udalo mu sie puknac w ta podloge- bo naprawde szybko to robil. Na szczescie juz to zachowanie mu przeszlo, ale ile ja sie nasluchalam od mojej mamy, ze nie pilnuje, co to za matka jestem, ze moje dziecko tak robi., ze to glowa itd.( dodam ze moj starszy synek nigdy tak nie robil). W koncu stalo sie raz, ze moja mama byla z wnuczkiem za raczke wziela cos od niego, a on odrazu buc glowa w podloge. Juz nigdy od tamtej pory nie powiedziedziala, ze nie pilnuje dzieci.

    • Jakże łatwo jest oceniać innych.
      Ile ja się (a raczej mój mąż) nasłuchałam od mojej teściowej jak to dziecka nie pilnuję. Maciuś płakał i krzyczał z byle powodu i bez powodu (teraz wiem że to krzyczał autyzm, bo np. ktoś trzasnął drzwiami, albo włączył mikser). Teściowa oczywiście bez jakiejkolwiek wiedzy od razu mnie oczerniała „Ruda leży a dziecko się drze” „Nie pilnowała i pewnie spadło z czegoś”. Dziwię się że jej nie strzeliłam z liścia w pysk za to co przez tą kobietę przeszłam.
      Ona w ogóle nie wie że dzieci mogą płakać. Swoje dzieci oddała na wychowani własnej matce bo stwierdziła że jest po cesarce i nie może dźwigać. Mało tego – o 20 podawała siostrom mojego męża po łyżeczce hydroxyzyny na uspokojenie żeby spały całą noc i nie domagały się butli. Wstawały o 9 rano i babka podawała znów po łyżeczce tego leku, bo moja teściowa się musiała wyspać. A siostry męża siedziały w łóżeczkach w kuchni z babcią jak porcelanowe lali, otumanione lekami, bo musiała być cisza. I tak przesiedziały do 4-5 roku życia w łóżeczkach kojcach, bo po domu nikt by za nimi nie chodził, a że były po leku to nie protestowały. Skutek był taki, że jak Agnieszka poszła do przedszkola to pani przedszkolanka zaniepokojona poinformowała rodziców, że dziecku plątają się nogi na prostym podłożu i się przewraca bez przyczyny. Te dziewczyny w wieku 5 lat miały problem z chodzeniem. Nie mogły utrzymać równowagi.
      Ale takiej mojej teściowej się potem wydaje że ja jestem złą matką, bo np. młody nabił sobie guza o ścianę na czole. Albo stłukł kolano bo się potknął i płacze. Albo w ogóle ona sobie wkręca jakieś chore akcje.
      Mój syn też uderzał głową o podłogę lub o ścianę, także było to trudne do opanowania. Zero wsparcia skądkolwiek. Tylko że moja teściowa nigdy z nim nie została (nie chciała) więc nie zdaje sobie sprawy jak jest ciężko.
      Ale nerwy mi kobieta zszargała.

  • Takie rzeczy się zdarzają – niestety. Należy robić wszystko aby zminimalizować takie sytuacje. Należy także odróżniać nabicie sobie przez dziecko guza od ściągnięcia przez dziecko na siebie wrzącej zupy z kuchenki np. albo od wypicia żrącej substancji. Niektórych rzeczy możnaby uniknąć. Np w dalszej rodzinie męża była dziewczynka która napiła się rozpuszczalnika myśląc że to oranżada, bo ojciec bezmyślnie przelał rozpuszczalnik do butelki po oranżadzie i zostawił chyba w ogrodzie, w każdym bądź razie w zasięgu ręki dziecka. Dziewczyna – dzisiaj już panienka – ma ciągle problemy z głosem, ale dzięki Bogu żyje. Jednak można było tego uniknąć. Tak samo różne domowe detergenty – chowajmy wysoko i pod kluczem – u nas stoją na szafce niemal pod sufitem w łazience zamykanej na klucz. Klucz mam w kieszenie. Tak samo tam są leki.
    Mam dwoje dzieci – syn 5 lat (choruje na autyzm wczesnodziecięcy – tu dopiero trzeba uważać, gdyż syn jest nieziemsko nadpobudliwy, agresywny, autoagresywny, przez długi okres czasu nie odczuwał zimna czy gorąca) i córkę 3-letnią. Jestem tak wyczulona i przezorna, że jak na razie nic poważnego się nie stało. Nabicie sobie przez dziecko guza było jak na razie największym niedopilnowaniem z mojej strony. Ale wyrzuty sumienia i tak są ogromne.
    TRZEBA STRASZNIE UWAŻAĆ MAJĄC DZIECKO.

  • Jak ja to uczucie znam. Ostatnio moja 2.5 letnia córeczka spadła mi z parapetu. Robiłam mleko w kuchni i cały czas na nią patrzyłam. Bawiła się na dywanie po chwili przesunęła z dywanikiem stoliczek plastikowy który miała do rysowania i weszła na parapet to trwało dosłownie sekundy. Ja nabierałam miarką mleko i liczyłam ilość łyżeczek. Miała guza na główce. Ja panika i wyrzuty przecież powinnam być obok. Śni mi się to każdej nocy choć samego upadku nie widziałam. Tysiące myśli czy nic jej nie będzie czy nie wyjdzie coś jak będzie starsza. Nie jesteśmy wstanie wszystkiego przewidzieć, dopilnować. Zwłaszcza gdy jeszcze musimy pracować w domu. Pamiętam jak dzisiaj jak starszy syn w wieku 8 lat zakrztusił się tak mocno jedząc arbuza, że aż pluł krwią. Oczywiście panika i wizyta u lekarza. Okazało się że od wysiłku krztuszenia popękały mu naczynka w gardle. Innym razem wbiegał do klatki kolegi i wpadł ręką w szybę krzyk był taki na osiedlu, że myśleliśmy z mężem że go ktoś porywa. Wybiegliśmy z mieszkania z takim impetem że zapomnieliśmy o rocznej córeczce. Na szczęście bawiła się spokojnie na dywanie. U młodego skończyło się na 7 szwach na bicepsie. Nie da się uniknąć wypadków. Nie obłożymy dzieci poduszkami i nie zamkniemy w pudełku.

    • dokładnie! jak bardzo byśmy chciały i jak bardzo staramy nie przeżyjemy życia za nasze dzieci. A życie to też te przykre chwile 🙁

  • Znam ! Wiem ! To jest straszne ! Przeżyłam koszmar gdy mój roczny syn nie chciał iść spać,nie chciał na ręcę,był strasznie marudny. Jedyne czego chciał to spacerować po pokoju ( umiał już chodzić ) . Dałam mu pić we wspaniałym kubku niekapku ( tym z plastikowym ustnikiem-młody nie tolerował gumowych) i pech chciał że ten śpiący brzdąc przewrócił się z tym kubkiem prosto na twarz. Krzyk,wrzask,krew która momentalnie pomieszana ze łzami zalała mu buzię. Byłam w takim szoku, że byłam pewna że młody stracił oko…dobrze że mój mąż zachował zimną krew ! Historia zakończyła się badaniami w szpitalu i zrośnięta powieką w przeciągu kilku godzin ( to jej pęknięcie wywołało lawinę krwi) i moimi wyrzutami sumienia przez baaaaaardzo długi czas,bo rodzina pytała: nie mogłaś go wziąć na kolana i dać mu pić ?

  • Też przeżyłam podobne poparzenie. Z opowieści wiem, że bardzo chciało mi się pić i skorzystałam z okazji, gdy mama nie patrzyła. Miałam 1,5 roku. I też szczęśliwie śladu nie ma. Ale do dzisiaj mam z tyłu głowy dziwną nadwrażliwość na kubki sterczące zbyt blisko krawędzi stołu. Takie skrzywienie.

    Czasem to kwestia sekund. Niektórych rzeczy nie da się przewidzieć. Wiele rzeczy można było wykonać inaczej. Ale do cholery, nie da się zapobiec każdemu siniakowi i być stróżem na 150% możliwości 24/7. I oczywiście zawsze znajdą się specjaliści, którzy wiedzą lepiej. „Eksperci”.

Leave a Comment