Tata, czyli rodzic który "nie potrafi". - Flow Mummmy
MACIERZYŃSTWO MY MATKI

Tata, czyli rodzic który „nie potrafi”.

„Zostaw to, zrobię to szybciej…”

„Nie! Nie tak!”

„Dobra, daj już…”

„Nie, on sobie nie poradzi…”

Teraz tak szczerze, tak z ręką na sercu, ile razy zdarzyło Ci się tak pomyśleć? Już nawet nie mówię, że powiedzieć. Pomyśleć, pod nosem szepnąć, w głowie zaśpiewać „Ty sieroto”. Chociaż raz, kiedyś… Nie było tak ani razu? Jesteś pewna?

Na przykład wtedy, kiedy przyszłaś z maluchem ze szpitala i trzeba było mu zmienić pieluszkę. Nie trafiał Cię szlag, kiedy widziałaś jak twojemu facetowi to mozolnie idzie? Nie „wyrwałaś” mu zniecierpliwiona choć raz pieluszki? Kremu? Chusteczek?

Albo kiedy będąc w łazience, słyszałaś jak dzidziuś płacze, i szlag Cię trafiał bo „byłaś pewna!”, że Ty byś go w 5 sekund uspokoiła. Oczywiście później okazywało się, że wcale nie, bo czasami dziecka nie da się ot tak uspokoić, no ale na bank to dlatego, że płakał już wcześniej. Gdyby był przy Tobie, to napewno by tak nie ryczał. Bankowo…

Oo! Albo kiedy pierwszy raz wyszłaś sama do sklepu i tak zapierdalałaś między alejkami, bo przecież WIEDZIAŁAŚ, że właśnie dzieje się coś strasznego, coś co totalnie potrzebuje Twojej obecności, bo bez Ciebie wiadomo, że wszystko się pali, wali, grzmi i rozpieprza.

Jeżeli nigdy, ale to przenigdy, z ręką na sercu, nie byłaś w takiej sytuacji, to powiem Ci kochana jedno: JESTEM Z CIEBIE DUMNA. Tak totalnie, jak tylko rodzic może być dumny z pierwszego obrazka swojego dziecka, wywieszonego w przedszkolnej gablocie. Naprawdę. Bo nie oszukujmy się – jesteś w mniejszości, a nie stawianie siebie jako wszechwiedzącego ideału, jedynej prawdy i totalnej encyklopedii, jeżeli chodzi o dziecko, to coś co bardzo trudno, nam matkom, przychodzi.

Mam wrażenie, że wraz z przecięciem pępowiny, w nas kobietach, włącza się tzw. tryb FAST & FURIOUS oraz PERFEKCYJNA PANI DOMU. Tak tak, dobrze czytasz. Ten pierwszy to brak umiejętności siedzenia na tyłku dłużej niż 2 minuty. No chyba, że karmi się aktualnie swoją pociechę. Chociaż w sumie nawet wtedy staramy się robić coś innego, bo kto to widział matkę siedzącą?! Ojca tak, ale matkę?! Drugo tryb to zamiatanie, gotowanie, wycieranie, tak jakby za sekundę miał do domu wpaść Sanepid i w razie jakichkolwiek nieprawidłowości, nie wiem, kurzu na framugach, ewentualnie plamie po kawie na stole, byłby w stanie odebrać nam dziecko. Miałaś coś takiego? Ja miałam. Oj miałam. Ja pierdzielę. Motor w tyłku i heja. Nawet jadłam na stojąco.

Oprócz tych trybów, które odróżniają kobiety-matki od innych osobników płci pięknej, pojawia się w nas poczucie bycia niezastąpionymi. I nie, nie chodzi tutaj o laktację moje drogie, bo ja piersią ledwo co karmiłam, a miałam w głowie to samo. Bo „mama to mama”, mama lepiej pocieszy, szybciej przewinie, milej utuli. Oczywiście nie przez cały czas (chociaż i takie chwile bywały w moim życiu), ale zdarza się, że po prostu mamy się za lepszego rodzica. A wiesz co jest najgorsze? Że same na siebie kręcimy przez to bata. Bo nam to myślenie się wyłączy. Naprawdę. Gdzieś tak po 6 miesiącu życia, może przed roczkiem, ale jednak wyłączy, a nasz facet? Wciąż będzie miał w głowie, że tego nie umie, tamtego nie potrafi, a jeszcze z innym w ogóle nigdy sobie nie poradzi. Będzie się bał zostać sam, na noc, w dzień, iść do lekarza, no wszystko! Bo jak tu być pewnym siebie, skoro non stop słyszało się „nie tak!”, „daj ja to zrobię!”. No i przede wszystkim: jemu też wpajano, że mama to mama…

Wiesz, że swojego pierwszego synka pozwoliłam (ja pierdzielę jak to brzmi) swojemu byłemu mężowi przebrać po tygodniu bycia w domu? Filipek miał wtedy dwa tygodnie (przez 7 dni leżeliśmy w szpitalu z powodu wysokiej bilirubiny), a ja przez ramię darłam się „nie tak!”, „co ty robisz?”. Jezu do dzisiaj mi wstyd. Znałam nasze dziecko tylko 7 dni dłużej, a zachowywałam się jak alfa i omega. Na szczęście szybko zrozumiałam, że sama sobie szkodzę, że tato to taki sam rodzic jak mama, i że sorry, ale żadnych magicznych mocy nie posiadam. Serio. Do mnie hasło „produkuję mleko, a jaką ty masz supermoc?” kompletnie nie przemawia… Przykro mi.

Mój M jest fantastycznym ojcem. Śmiem twierdzić, że jest nawet lepszym tatą niż ja mamą. No dobra, po prostu jest od innych rzeczy. Co będę sobie umniejszać… On jest od spacerów, zabaw, bo będę szczera – żadna frajda iść na spacer z mamą, która non stop drze się „uważaj!”, „wolniej”, „stuć!” (tak, w ferworze i strachu, zamiast krzyczeć „stój” albo „stać”, krzyczę  „stuć”, kompletnie nieświadomie). Od wygłupów jest tata, od kąpieli, czytania, bajek. Zresztą co Ci będę wymieniać. Mój M jest od wszystkiego, a ja jestem od wszystkiego – spacery z rowerkami czy hulajnogami 😂. Psychicznie nie wyrabiam.

Dopóki będziemy uważać swoich facetów za przysłowiowe sieroty, dopóty same będziemy przynosić na siebie problemy i dodatkowe obowiązki. Mało tego! Same musiałyśmy się nauczyć być mamami. Pamiętasz? Od razu wiedziałaś jak przewijać, karmić, pielęgnować maluszka? Ja nie. Mi pokazywały wszystko położne, byłam jak małpa we mgle, a od swojego ówczesnego faceta oczekiwałam umiejętności co najmniej takich jakie posiada szeptunka. Na szczęście szybko wróciłam po rozum do głowy i zrozumiałam, że tak dłużej nie może być, że sama sobie szkodzę, że moje dziecko ma dwoje rodziców i ma z tego korzystać!

Nie róbmy z siebie Superbohaterek na siłę. To znaczy wiadomo, że zajebistość z nas aż kapie, ale umówmy się, ze faceci też nie są tacy beznadziejni. Dadzą radę jak im nie będziemy w tym przeszkadzać 🙂

 

 


Free PDF    Send article as PDF   

Leave a Comment