PMDD czyli chorobowa postać PMS. - Flow Mummmy
LIFESTYLE MY MATKI

PMDD czyli chorobowa postać PMS.

Wyobraź sobie kobietę owiniętą kołdrą, z termoforem na brzuchu, czekoladą we włosach , chipsami na koszulce, tanim romansidłem w tle i morzem łez wylanych z powodu reklamy w której wystąpił słodki bobas, ewentualnie mały piesek. No i z facetem, który obok mruga tak bezczelnie głośno, że chciałoby się go z domu wyrzucić.

PMS, czyli stan napięcia przedmiesiączkowego znamy wszystkie (uogólniając, bo różne źródła podają, że dotyczy 50-70% kobiet).

Ból brzucha, ogólne wkurzenie, płaczliwość, tkliwość piersi, zatrzymywanie wody, obżeranie się czym popadnie. Stan który trwa dosłownie kilka dni, więc można sobie jakoś z nim poradzić.

PMDD to coś z czym poradzić sobie domowymi sposobami nie można, bo wymyka się totalnie spod kontroli.

Premenstrual Dysphoric Disorder, czyli przedmiesiączkowe zaburzenia dysforyczne, to coś z czego istnienia kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, a co uświadomił mi dopiero 6 w kolejności lekarz ginekolog do którego udałam się, wiedząc że mój pms to nie jest coś normalnego, coś co przeżywa co miesiąc większość kobiet. Co z resztą? Bagatelizowała totalnie objawy, mówiąc “no tak pani ma, wszystkie tak macie”. A ja wiedziałam, że nie wszyscy przez praktycznie połowę miesiąca mają totalny zjazd życiowy.

Od zawsze tak było. Przed okresem byłam totalnie “nie sobą”. Krzyczałam, płakałam, potrafiłam zrobić AWANTURĘ o byle co. Dosłownie byle co. I nie, nie sądziłam, że przesadzam, że coś jest nie tak. Po prostu było mi ŹLE.

Potrafiłam przeleżeć bezczynnie 2 tygodnie. Nie dzień, dwa, trzy. 14 dni leżąc i jedyne na co mieć siłę to patrzenie w ekran telewizora. Lenistwo? Tak myślałam.

Później nadchodził czas, że było lepiej. 2 miesiące z pmsem (dla mnie lekkim, dla innych totalnie rozwalającym życie). Raz na rok dostawałam taki prezent od organizmu. Bezowulacyjny cykl. Miło. Byłam wtedy przekonana, że hoho, to zasługa diety, ćwiczeń, o matko jak sobie Justynko świetnie poradziłaś! I ok, oczywiście, że dieta, aktywność i wszystko inne mają wpływ, ale w przypadku PMDD tylko chwilowy.

“Całe życie jesteś przed okresem, albo w trakcie!” śmiali się najbliżsi. Bo skąd mogli wiedzieć, skoro ja sama nie rozumiałam? O zaburzeniu PMDD mało kto wie, bo przecież “kobiety tak mają, haha”, “a ty co? okres masz? haha”.

Punktem kulminacyjnym były zeszłoroczne wakacje, kiedy kłóciłam się z M o wszystko, dzieci denerwowały mnie jak nigdy, a ja nie zorientowałam się w porę, że przecież za chwilę dostanę okres i to dlatego TAKA JESTEM. I żeby było jasne, to “denerwowanie”, to nie to co myślicie, że hoho ależ jestem zła. Byłam agresywna, wulgarna i jak sobie o tym przypomnę, to zastanawiam się jak to możliwe, że moja rodzina się nie rozpadła.

Myślenie o rozwodzie? Regularnie.

Ciężkie stany depresyjne? Zawsze.

I nie wyolbrzymiam, nie przesadzam.

Kiedy przechodziło? Dokładnie w dniu miesiączki. Zawsze tego dnia stawałam się normalnym człowiekiem. Zawsze też wtedy przepraszałam: dzieci, męża… Tylko siebie nie, bo przecież to moja wina, to ja jestem nienormalna, wszystkie kobiety sobie z tym radzą, tylko ja nie potrafię.

Ja już dawno wiedziałam, że nie tak powinno być. 2 lata temu chciałam coś z tym zrobić.

Najpierw odwiedziłam wszystkich lekarzy w swojej miejscowości:

“Przecież każda kobieta przez to przechodzi”

“No tak pani ma”

“Tabletki uspokajające i tyle”

Tyle, że zwykłe tabletki uspokajające albo nie pomagały, a jeżeli już to przesypiałam przez nie całe dnie. A przecież nie chodzi o to, żeby przespać życie.

Jeden lekarz wprowadził mi kurację hormonalną, bo przecież najwyraźniej coś z hormonami mam nie tak. Tyle, że badania hormonów już dawno robiłam i były w idealnym stanie. Kuracja hormonalna to coś co sprawia, że “przed okresem” jestem cały czas. Bosko. No po prostu najlepiej!

14 dni w miesiącu. Połowa roku w stanie, kiedy mogłam tylko leżeć, płakać, wkurwiać się o wszystko.

Nawet na blogu widać te przerwy. Na Instagramie. Na Youtubie. Wszędzie.

W końcu trafiłam do odpowiedniego lekarza:

“Jest pani nadwrażliwa na progesteron. Kuracja hormonalna to w pani przypadku nieporozumienie.”  Zaproponował wizytę u psychiatry.

A ja? Ja się wystraszyłam. Nawet nie wiem czego! Bałam się, że dostanę leki, po których będę non stop senna, przytyję i w ogóle będzie mi ciężko.

Potem nadeszły wspomniane wakacje, po których postanowiłam, że albo coś z tym zrobię, albo najdalej za rok mój mąż i dzieci mnie znienawidzą. I wcale nie przesadzam.

PMDD, czyli wzmożony (dysforyczny) zespół napięcia przedmiesiączkowego, to coś co dotyczy 3 do 5% kobiet. To choroba o której praktycznie nikt nie słyszał. Dlaczego? Bo sam PMS jest traktowany u nas trochę jako kobiecy żart, więc jak może w ogóle ktoś uważać, że istnieje jego chorobowa postać?

Lekarze opisali ok. 150 objawów: wzmożone zatrzymywanie wody, wahania nastrojów, fobie, epizody depresyjne, wszystko to co identyfikujemy z PMS, tyle że pomnożone razy kilka. W skrócie: to okresy stanów depresyjnych, różniące się od depresji tym, że związane są z cyklem menstruacyjnym.

Z czego to wynika? Najnowsze badania (Molecular Psychiatry”), pokazują, że tak naprawdę od wrażliwości na hormony: najczęściej progesteronu i estrogenu  (u mnie na progesteronu). Lekarze odkryli, że u kobiet z PMDD występują małe genetyczne różnice, które determinują to jak reagujemy na stres. Z biochemicznego punktu widzenia wygląda to tak:

Każdy hormon w naszym organizmie jest metabolizowany (żeby mógł zostać “użyty”). Metabolitem (czyli produktem metabolizmu) progesteronu jest allopregnanolon, który wykazuje działanie podobne do alkoholu, czyli uspokajające, przeciwlękowe i znieczulające. Super co? Tyle, że kobiety z PMDD prawdopodobnie mają wrodzoną tolerancję na allopregnanolon. Ciało chce pomóc się wyciszyć, wyluzować, ale nie potrafi. I wtedy zaczyna się masakra.

Choroba jest prawdopodobnie genetyczna, chociaż np. moja mama i siostra absolutnie takich problemów nie mają, więc jedyne z czego mogę się cieszyć to to, że nie mam córki 🙂

Leczenie?

Najczęściej takie jak w przypadku depresji, czyli inhibitory serotoniny lub dopaminy, czyli leki dzięki którym te dwa neuroprzekaźniki “na dłużej zostają” w naszym organizmie. Złotym standardem są tu leki z grupy SSRI (inhibitory serotoniny), chociaż trzeba być przygotowanym na sporo efektów ubocznych (ból i zawroty głowy, bezsenność, wzmożony albo zahamowany apetyt), które na szczęście mijają po kilku tygodniach stosowania.

W moim przypadku działa to tak, że ja po prostu nie wiem, kiedy dostanę okres. Jasne, mam wtedy wzmożony apetyt, piersi są tkliwe i gromadzę sporo wody, ale psychicznie nie dzieje się prawie nic. No może jeden dzień chodzę bardziej poddenerwowana. JEDEN DZIEŃ! Poza tym nie mam (i nie miałam) absolutnie żadnych skutków ubocznych. Nie chodzę zmulona, nie cierpię na bezsenność, apetyt jak był spory tak jest wciąż 🙂

Do tego psychoterapia za którą codziennie dziękuję, bo to niemożliwe jak bardzo każdy z nas jej potrzebuje, ale o tym innym razem.

Po co w leczeniu PMDD psychoterapia? Chociażby po to, żeby nauczyć się radzić ze stresem, przestać się obwiniać o to, że co miesiąc gotowałam swojej rodzinie (i sobie) piekło.

Czy jest lepiej? TOTALNIE!

Nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że życie moje i mojej rodziny zmieniło się o 180 stopni odkąd zaczęłam leczenie.

Ważne info:

PMDD to nie depresja. Objawy są identyczne, ale PMDD kończy się wraz z “nadejściem” okresu, ewentualnie w 2-3 dniu miesiączki.

 

   Send article as PDF   

Leave a Comment