O tym jak zrezygnowałam z zajęć dodatkowych moich dzieci. - Flow Mummmy
DZIECI MACIERZYŃSTWO TESTUJEMY

O tym jak zrezygnowałam z zajęć dodatkowych moich dzieci.

Jeszcze do niedawna uważałam, że fakt posiadania 3 dzieci, to wcale nie aż takie hohoho, że bez przesady, że to tylko jedno dziecko więcej niż standardowa polska rodzina, co to dla mnie, nie róbmy scen.

I nie będę się za bardzo rozpisywać nad tym jak bardzo mnie życie wyśmiało i pokazało, że to JEDNO dziecko więcej, to nie tylko o wiele większe wydatki, ale też zwyczajnie większy BRAK CZASU! Zwłaszcza wtedy, kiedy ma się ochotę zachować jakiekolwiek resztki “chwili dla siebie”. Tak, ten cudzysłów oczywiście, że jest tu specjalnie, bo “chwilę dla siebie” to ja ostatnio miałam w lecie, kiedy dzieciaki bawiły się na dworze. A zauważmy, że jest zima.

Zajęcia dodatkowe, czyli mój prywatny koszmar. Jasne, są ważne dla dzieci. Moi chłopcy MUSZĄ chodzić na dodatkowe zajęcia sportowe, bo inaczej roznoszą całe mieszkanie, a zwłaszcza roznoszą moją psychikę. Zwłaszcza jest to widoczne w przypadku Teodora, który POTRZEBUJE dużo ruchu. Tak więc chłopcy chodzą na zajęcia sportowe, dodatkowy angielski, do tego terapia SI Edka (dla niewtajemniczonych Teodor to Edek), praca, standardooa szkoła, obiad, kolacja, pies, kot, studia. I mogę się zapierać i udawać jak to cudownie sobie radzę logistycznie, ale nie. Mam za dużo na głowie. Mówię to z pełną odpowiedzialnością: NIE WYRABIAM czasowo, a najbardziej psychicznie z ilością zajęć wszystkich moich domowników. Jestem obciążona psychicznie i na szczęście w porę sobie to uświadomiłam.

Najtrudniejsze było przyznanie się przed samą sobą, że ilość obowiązków mnie przerosła. Chciałabym móc więcej i szybciej, ale nie umiem. Koniec, trzeba to zaakceptować.

Drugim krokiem było zredukowanie nałożonych na siebie obowiązków. Jako, że aktualnie wchodzę w czas sesji, to siłą rzeczy studia wysunęły się na prowadzenie przed pracą i czasem dla siebie. Oczywiście pracować też muszę, o obowiązkach związanych z faktem bycia mamą nie wspomnę. Jasne, są dni, kiedy po prostu mnie nie ma dla nikogo bo się uczę, pracuję, albo dochodzę do siebie po weekendowym zjeździe, ale powiedzmy, że jeszcze dzieci jako tako kojarzą kim jest mama.

Kolejny krok: redukcja.

Przeniosłam moje dzieci na zajęcia piłki, które odbywają się zaraz po zajęciach szkolnych, a naukę języka ogarniają w domu. Nie muszę chyba wspominać ile czasu dzięki temu zyskuję. Nie muszę jeździć co chwilę wszędzie (zresztą piszę tutaj w formie “ja”, ale oczywiście mowa tu o mnie i M), marnować czas na dojazdy, ubieranie się, odsapnięcie. Czemu ja na to wcześniej nie wpadłam?!

Nauka języka w domu? No banał! Jako, że lubię mieć wgląd do różnych opcji, to aktualnie testujemy z Bruśkiem (tzn. on testuje, a ja się przyglądam) szkołę online Allright.pl. Póki dzieci są w wieku wczesnoszkolnym nie mam jeszcze aż takiego parcia na lekcje z native speakerem jak w przypadku Filipa (który notabene wciąż w taki sposób się uczy, nie sądziłam jednak, że dla młodszych chłopaków taki system też będzie się sprawdzał!).

Standardowa lekcja trwa 30 minut w trakcie której dziecko rozmawia z nauczycielem “na żywo” dzięki kamerce i mikrofonowi wbudowanymi w każdego laptopa czy komputer. Nie trzeba nigdzie wychodzić, czekać aż lekcje się skończą, kombinować kiedy zrobić obiad. Dziecko się uczy, jest przez 30 minut zajęte, a ja mam czas żeby zrobić COKOLWIEK.

Umawianie lekcji oczywiście też jest online (super jest to, że można w sposób elastyczny do tego podejść, ale zalecam jednak regularność, jak wszędzie).

Przez cały czas trwania lekcji nauczyciel mówi do dziecka w języku angielskim, puszczane są piosenki, można rysować, generalnie nauka przez zabawę, co w przypadku młodszych dzieci jest kluczowe. Zresztą samo słowo NAUKA absolutnie nie wzbudza we mnie pozytywnych emocji, więc staram się go nie używać 🙂

Kolejna sprawa w doprowadzeniu się do porządku: STARAM SIĘ MNIEJ PRZEJMOWAĆ.

Raczej jestem dość wyluzowaną osobą, a dokładniej – nie przejmuję się rzeczami na które nie mam wpływu. Myślę, że to mocno zdrowe podejście. Schody zaczynają się w kwestii wymagań od samej siebie. Tutaj biczuję się za każde niedociągnięcie i niepowodzenie: co ciekawe, kompletnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Byłam przekonana, że jestem dla siebie tak samo miła jak dla innych. No niestety nie. I nad tym dość mocno pracuję, chociaż nie będę kłamać – nie jest lekko.

Z dodatkowymi zajęciami dla dzieci jest jak ze wszystkim – dopóki dają radość, satysfakcję i efekty, ale najważniejsze dopóki nie sprawiają, że czujesz się jak ktoś kto NIE DAJE rady z niczym, dopóty warto się w nie angażować! W momencie, w którym jednak zaczynasz kombinować jak ugotować obiad, kiedy na 15:00 jest piłka, na 16:00 judo, a na 17:00 angielski, a już w ogóle w którym momencie utrzymywać jakiekolwiek relacje z dziećmi – no to moja droga wtedy zaczyna się problem.

Może właśnie dlatego nigdy nie byłam aż tak wielką fanką zajęć dodatkowych? Przez tę presję że trzeba zdążyć, dojechać, wszystko szybko, w pośpiechu. A ja przecież lubię powoli, na luzie, bez zbędnego stresu.

Można? Można!

No i najważniejsze info:

Jako, że sama testuję jeszcze program, to pomyślałam, że super byłoby gdybym mogła zaoferować Ci coś super!

Allright.pl, specjalnie na moją prośbę, uruchomiło KOD PROMOCYJNY: FLOWMUMMY (tutaj!), dzięki któremu, kupując 5 lekcji (250 zł) dostaniesz 2 lekcje gratis. KOD JEST WAŻNY DO 31.01!

Jednorazowo możesz także skorzystać z bezpłatnej lekcji pokazowej. Proponuję jednak od razu zakup pakietu i sprawdzenie na własnej skórze ile czasu możesz zaoszczędzić!

   Send article as PDF   

Leave a Comment