Jak przestać co tydzień "być na diecie". - Flow Mummmy
LIFESTYLE W KUCHNI

Jak przestać co tydzień „być na diecie”.

Od razu, już na wstępie, rozwieję wszelkie Twoje domysły i wątpliwości: tak, przytyłam. Tak, przez obżarstwo. ZNOWU! Czy jestem tym załamana? Nie za bardzo…

Ale od początku…

Pamiętacie te czasy?

Nie będę kłamać – aktualnie jest tylko ciut lepiej. Czy mnie to dołuje? Nic a nic. Wkurza? Nie. Każde ciastko, każdy kawałeczek czekoladki, każde wyjście z przyjaciółkami na piwo, każde sushi z M były tego warte. Z drugiej strony jednak baaardzo się cieszę, że mamy już styczeń bo, nie będę kłamać, dość mam już tego uczucia ciężkości. A dla mnie styczeń, poniedziałek i wszelkie inny synonimy POCZĄTKU są jak złoto. Kto to widział, żeby zaczynać dietę od środy?!

Mam to szczęście, że znam siebie i swój organizm już dosyć dobrze i wiem doskonale co zrobić, żeby z przyjemnością, radością i ekscytacją (tak właśnie) rozpocząć ZNOWU przygodę pt. „krótkie spodenki i koszulka na ramiączkach”.

Będę szczera: nie wiem czy ten post Ci pomoże. Niestety takie sprawy jak  „nie dziękuję, nie chcę tego ciasteczka”, są po prostu bardzo trudne. Cukier uzależnia (kiedyś zrobiono badanie na szczurach, które pokazało, że wolały one cukier od kokainy… trochę szok). Fast food uzależnia. Wiesz o tym doskonale. Wiesz, że w momencie, kiedy w głowie rodzi się pomysł „będę boginią szczupłości”, to jedyne czego zaczynasz pragnąć to te wszystkie cukiereczki, ciasteczka, pringelsiki i lody, których „rzekomo” nie będziesz mogła jeść. Czujesz ten skręt w żołądku? Czujesz? Ja czuję.

Nie mniej jednak ja już wiem jak te podstępne myśli oszukać. Tak tak. Bo to tylko nasza uzależniona od cukru głowa chce nas zrobić w jajo. Nasze ciało niestety pragnie tłuszczyku na udach, na ramionach. Wszędzie go pragnie! Ok, tu mnie poniosło, bo np. moje ciało nie pragnie tłuszczyku na piersiach, co jest trochę przykre, no ale cóż. Wybaczam.

1. NEAT to życie.

Jeżeli uważasz, że w trakcie „bycia na diecie” musisz zacząć ćwiczyć to masz rację. haha Serio. Ale nie będę kłamać: wcale nie musisz tego robić.

Wiesz co to jest NEAT?

„To niewynikająca z ćwiczeń, określająca wydatki energetyczne podczas wszystkich aktywności z wyjątkiem zaplanowanych ćwiczeń termogeneza. NEAT obejmuje więc m.in. takie czynności jak sprzątanie, stanie, chodzenie, ruszanie rękoma, zmiany postawy, wchodzenie po schodach czy utrzymywanie napięcia mięśniowego.”

Czyli w skrócie, jeżeli przez cały dzień leżysz i pachniesz (haha) to nie dziw się, że później tyjesz po zjedzeniu jednego jabłka. Jeżeli jednak wszędzie chodzisz na piechotę, co dwa dni szorujesz łazienkę (policzyłam! godzina sprzątania łazienki to 200 kcal!), biegasz z dziećmi (albo za nimi) itp. to możesz na luzie pozwolić sobie na jednego małego batonika dziennie.

Jeżeli masz iphona to wejdź do aplikacji „ZDROWIE”. Tam masz pokazaną liczbę kroków, którą mniej więcej robisz w ciągu dnia. Nie oburzaj się od razu, wiem że aplikacja liczy raczej te kroki na zewnątrz, bo po domu nie biegasz z telefonem w ręce, ale uwierz mi, nie jesteś w stanie zrobić 10 tyś kroków w domu.

10 000 kroków to jakieś 400 kcal. Codzienne pokonanie takiej trasy to 2800 kcal w tygodniu.

1 trening to ok. 300-400 kcal (serio!). 3 treningi w tygodniu to 900-1200 kcal.

Widzisz różnicę? Oczywiście nie mówię, że nie warto ćwiczyć (to w 3 punkcie), ale jeżeli połączysz te dwie rzeczy, to sukces gwarantowany.

2. ZNAJDŹ SWOJĄ ULUBIONĄ AKTYWNOŚĆ.

Możesz sobie myśleć, że nie musisz ćwiczyć, że nie masz czasu na treningi itp. Tak. Usprawiedliwiaj się dalej. I nie, nie chcę słyszeć, że to nie dla Ciebie, no chyba, że wypróbowałaś już wszystkich możliwych i dostępnych aktywności fizycznych (bo jak mi powiesz, że spoko, że możesz trenować, ale tylko nurkowanie w oceanie, to to się nie liczy!)

Basen, ćwiczenia siłowe, fitness, zumba, ćwiczenia w domu, jazda na rowerze, orbitrek, taniec, jazda na rolkach, balet, pilates, joga, skakanie na trampolinach, nordic walking, spacery, marszobiegi…

Chcesz mi powiedzieć, że próbowałaś już wszystkich tych sportów? Serio?!

Druga sprawa: to nie tak, że chodzi tylko o bycie szczuplejszą. Chodzi o zdrowie! Przede wszystkim o zdrowie! O to, żeby krew płynęła szybciej, dotleniła organy, żeby Twoje serce ćwiczyło! Serce to mięsień! Musi pracować, musisz go ćwiczyć, musisz co jakiś czas sprawić, żeby zabiło szybciej i mocniej. Wiesz przecież, że mięsień nieużywany zanika. To nie jest mit. Jesteś mamą i masz dla kogoś żyć. Mało tego! Naprawdę chcesz, żeby Twoje dzieci były takimi leniuchami? Żeby zamiast wyjść na dwór i pobiegać, wolały zalegać przed tv? Serio tego chcesz?! Matko jak się zdenerwowałam!

3. ZASTANÓW SIĘ CO JESZ.

Nie da się efektów złej diety zniwelować ćwiczeniami.

Powiem Ci tak: możesz dalej myśleć, że jedzenie codziennie fast foodów jest ok. Że jedzenie „z tajniaka” ciastek i czekolady nie ma żadnego znaczenia dla Twojego zdrowia. Że to że nie pijesz wody jest ok. Możesz nawet sobie wmawiać, że wcale się źle nie czujesz. Ja nawet w to wierzę, bo przecież miałam (jeszcze trochę mam) podobnie. Ale odczujesz skutki tego wszystkiego. Prędzej czy później odczujesz skutki zaniedbania swojego zdrowia, ciała. I nie, nie mam tu na myśli pryszczy na twarzy czy otyłości (chociaż przypominam, że to jest CHOROBA! i to baaardzo poważna). Mam tu na myśli szereg innych rzeczy, które Cię dopadną.

 

Wystarczy przez tydzień jeść LEPIEJ, żeby odczuć różnicę. Mało tego, po dłuższym czasie jedzenia zdrowych produktów (nie takich, które są przeładowane chemią, cukrem, tłuszczem i całym syfem świata), po jednym kawałku pizzy odczujesz jaka ona jest dla Ciebie zła! Organizm adaptuje się do wszystkiego. Do śmieciowego jedzenia także…

Niestety wiem, że tekst „nie zjem już nigdy czekolady” jedyne co robi, to każe Ci założyć buty i pędzić do sklepu po 15 tabliczek mlecznej, białej i gorzkiej. Wiem. Mam tak samo!!!!

Mi pomaga założenie, że nie jem niezdrowych rzeczy w domu. Na spotkaniu z koleżankami, na kolacji z M, u mamy na kawie – luz! Bez przesady, od kilku ciastek się nie padnie, od kawałka pizzy czy nawet szejkusia z maka też nie. Ale w domu jem zdrowo. I żeby było jasne – zdarza mi się wciąż opychać wieczorami przed telewizorem. Spoko. Ale przynajmniej jest to zdrowe jedzenie: wafle ryżowe z masłem migdałowym, owoce, czekolada 90%. Nie, to nie tak, że wystarczy jeść zdrowe rzeczy i się schudnie. Oczywiście jeżeli jesz na śniadanie 2 bułeczki słodkie, na obiad pizzę, na kolację tosty, a do tego niezliczoną liczbę przekąsek, to oczywiście, że to wystarczy na początku i to będzie COŚ! COŚ WIELKIEGO!  Tak, zacznij od tego, od zdrowych alternatyw. I zobacz co się stanie :))

I teraz uwaga: TAK AKTUALNIE WYGLĄDA MOJA LODÓWKA. Zero ściemy, zero „Mateusz leć na zakupy i kup kilo sałaty!”. Oczywiście troszkę w niej poukładałam, ale to raczej na zasadzie „cholera idą goście! Mateusz! szybko zabieraj rzeczy ze stołu, skarpetki z szafki i w ogóle się ubierz! nie lataj goły!”

Ale zauważyłaś już moją nową lodówkę? ZAUWAŻYŁAŚ?! Tak! To chłodziarko – zamrażarka Liebherr CNst 4813 z linii Sticker Art. Idealna dla wszystkich fanów niebanalnego designu (ja wiem, że biel, mięta, pastele są spoko, ale czasami mam wrażenie, że są już wszędzie!). Oczywiście w tym przypadku nie tylko design (ale głównie!) zadecydował o wyborze, ale funkcje:

• No frost, czyli technologia Liebherr, dzięki której nie tworzy się wewnątrz lodówki szron. Szanuję to. „Rozkuwałaś” kiedyś lodówkę z lodu? Ja tak. Uwierz mi, nic fajnego.

• DuoCooling, czyli funkcja pozwalająca ustawić temperaturę w chłodziarce i zamrażarce niezależnie od siebie, dzięki temu można wyłączyć chłodziarkę (np. jadąc na wakacje) bez konieczności wyłączenia zamrażarki.

• PowerCooling – czyli szybkie chłodzenie powietrzem obiegowym, dzięki któremu wszystkie miejsca w lodówce oraz przechowywane produkty, mają taką samą temperaturę. Wyłącza się ono w momencie otwarcia drzwiczek chłodziarko-zamrażarki, oszczędzając energię.

• Super Frost czyli zamrażanie na wiór (tak się mówi?) za pomocą jednego przycisku (-32 st!).

Mam dla Ciebie jeszcze jedną ważną, jak nie najważniejszą, radę/mantrę/poradę nazwij to jak chcesz.

Wyobraź sobie, że kupujesz wymarzone, najpiękniejsze i drogie auto prostu z salonu. Nie wierzę, że pojedziesz z nim na jakąś szemraną stację benzynową i zalejesz do niego najbardziej kiepskie paliwo na dzielni. Nie wierzę. Wiesz już do czego zmierzam? 

Trzymam kciuki! A jak masz jakąś radę od siebie, to pisz koniecznie!


www.pdf24.org    Send article as PDF   

Leave a Comment