O najgorszym locie w naszym życiu... - Flow Mummmy
DZIECI MACIERZYŃSTWO

O najgorszym locie w naszym życiu…

Opowiem Ci pewną historię. Jednak zanim to zrobię, muszę Cię ostrzec:

W pierwszej chwili będziesz się trochę śmiać. Jak ja wspominając całe zajście. Później uświadomisz sobie, że hoho, tam ani krzty zabawy nie było! Był dramat, była afera i były łzy. Co prawda nie moje, ale jednak. Na końcu jednak ucieszysz się, że wszystko dobrze się skończyło i weźmiesz naukę na całe życie. CAŁE! A przynajmniej do momentu, aż będziesz miała duże dzieci. Bo to jest coś o czym my wszystkie wiemy, co rozumiemy, ogarniamy, ale każdej z nas się chociaż raz w życiu przytrafia… To co? Zaczynam…

Jak wiesz, lub jeszcze nie wiesz, bo trafiłaś do mnie dosyć niedawno, jeszcze 2,5 roku temu mieszkałam z chłopakami w Irlandii. Tam urodził się nasz 3 syn Teodor (do tej pory uważamy, że jakimś cudem, bo przecież biologicznie to nie bardzo, płynie w nim irlandzka krew – kto był w Irlandii, albo zna jakiegoś Irlandczyka ten zrozumie i zauważy podobieństwo).

Mieszkaliśmy tam niezbyt długo, bo 2,5 roku, a wróciliśmy z jednego powodu – nie umiem żyć bez swoich rodziców i swojej siostry. No nie i koniec. Jestem totalnie uzależniona od swojej rodziny. W związku z tym, że tak bardzo tęskniłam, to i często do Polski przylatywałam. Tak, raz nawet leciałam w 6 miesiącu ciąży, z wielkim bebsonem, dwuletnim Brunkiem i Filipkiem obok. Świetnie było. Doprawdy świetnie… Ale ja nie o tym.

Teraz zaczyna się właściwa historia…

To był okres świąteczny, a musisz wiedzieć, że dla mnie Boże Narodzenie to najlepszy i najważniejszy czas w roku, też dlatego, że mam wtedy urodziny (Jak to mówią moje dzieci „mama ma urodziny, wtedy kiedy Jezus”. Mam nadzieję, że zanotowałaś?). Pamiętam, że wracaliśmy 1.01. do domu, bo przecież właśnie wtedy bilety lotnicze są w miarę tanie. Kto lata w Nowy Rok? Wtedy ludzie albo składają sobie życzenia z najbliższymi, albo walczą o życie z kacem mordercą. Zważywszy jednak na to, że ceny biletów w okresie świątecznym to jakaś pomyłka, to jako 5-osobowa rodzina, nie mieliśmy zbyt dużego wyboru. No nic. I tak, jako rodzice 3 małych dzieci, jedyne szaleństwa na jakie mogliśmy sobie pozwolić, to lody zjedzone w sobotni wieczór max o 20, i popite colą zero – hell yeah! O 20:23 zazwyczaj już spaliśmy.

31.12 (wybacz, że nie pamiętam roku, ale to był albo 2014, albo 2015) nie zapowiadał się jakoś wyjątkowo źle. No normalny dzień, tyle że wypełniony po brzegi moim płaczem na myśl o nadchodzącym pożegnaniu z rodziną. Nic nadzwyczajnego, już chyba cały internet widział jak się wzruszam pierdołami (jak nie, to zapraszam na mój Instagram). Lot mieliśmy jakoś po południu, więc na pakowanie i ten płacz właśnie, mieliśmy mnóstwo czasu.

Pierwszy był Filip: „mamusiu, źle się czuję”. Ok. W sumie zima, pełno wirusów, nic nie zrobimy, wrócimy do domu i jak nie przejdzie, pójdziemy do lekarza. Tyle, że oprócz bólu brzucha nic innego się nie działo. Oprócz biegunki.  Tak. Dobrze czytasz. Do lotu mieliśmy kilka godzin, a moje dziecko dostało biegunki. Wyobraź sobie moją radość w sercu, pieśń na ustach i łzy w oczach…

Wiesz, że w samolocie (Ryanairze oczywiście), w każdym rzędzie, są 3 miejsca w każdej ze stron? Oczywiście dzieci były małe, więc siedziały nam na kolanach (czyli to był zdecydowanie 2014 rok, bo Brunek nie miał skończonych 2 lat). Nie mniej jednak, są tylko 4 maski tlenowe, więc musili nas, dorosłych, rozdzielić. Ja miałam Edka na kolanach, obok mnie chory Filip, a kilka rzędów dalej M z Brusiem. O boże… To były najgorsze 2,5 godziny mojego życia. Wyobraź sobie poród w trakcie huragany, z jęczącym kotem obok… Nie wiem na ciul ten kot tutaj, ale ostatnio Krzychu mnie wkurza.
Moje dzieci sporo nalatały się w swoim życiu, ale to był Hardcore! Edek darł się przez całe 2,5 godziny (bo jest Edkiem, a Edki chyba wyczuwają gorsze momenty rodziców i wtedy właśnie atakują), Filip co chwilę biegał do łazienki, więc musiałam biegać za nim, z tym drącym się Edkiem na rękach. A M? M miał jeszcze gorzej, bo „choroba” złapała Bruśka. No po prostu lot życia! Wyobraź sobie najbardziej hardcorową sytuację ze swoim dzieckiem (oczywiście nie mówię tutaj o zagrożeniu życia) i pomnóż ją razy 10 – bo 3 dzieci, bo samolot, bo dramat!
I teraz uwaga! Czy Ty rozumiesz, że ja, matka 3 dzieci, wprawiona w boju totalnie, znająca życie jak mało kto, mająca na koncie 3 naturalne porody, nie miałam przy sobie żadnego leku?! NIC!!!!!!!! Żeby było jasne! Mieszkaliśmy ponad godzinę drogi od lotniska. Kumasz?! Ile to czasu z chorymi dziećmi?!
I żeby było jasne: tak, teraz mnie ta historia bawi, bo w tle musisz sobie jeszcze wyobrazić moją mamę i moją babcię, płaczące obie w domu. Tak. Siedziały tak i płakały „o boże jak oni sobie poradzą?!” w trakcie naszego lotu, chociaż w głowie miały tylko zatrutego Filipa. Chociaż latałam już sama z dziećmi. Tak! Latałam sama z trójką dzieci! To je jakoś nie przerażało! No ale nic.
Jestem pewna, że masz na swoim życiowym koncie, kilka sytuacji, które raz na zawsze, nauczyły Cię pewnych zachowań. Np. jeżeli kiedykolwiek Twoje dziecko jakimś cudem otworzyło w sklepie litrowy napój, wylało go na siebie i na innych ludzi, to całkiem normalne, że przez kolejne 18 lat, albo nie wychodzisz z domu z dodatkowymi ciuchami na zmianę, albo zwyczajnie nie zabierasz dziecka na zakupy. Żadne tam „jest ryzyko, jest zabawa”. Nie i koniec. To była jedna z takich sytuacji. Od tamtego momentu nie ma opcji, żebym wyszła/wyjechała z domu z dziećmi, bez środków na biegunkę, na gorączkę i bez leków uspokajających dla siebie…. Nie to tutaj żartuję. Niestety.
Kto ma dziecko, ten wie, jaką straszną rzeczą jest biegunka! Co wtedy należy robić? Przede wszystkim dziecko nawadniać! Jak? Podając mu wodę z elektrolitami. Do tego dieta. Oczywiście wiadomo, że wtedy apetyt to ostatnia rzecz jaką dzieci odczuwają, ale… Są wyjątki – na biegunkę najlepsza jest lekkostrawna, bogata w błonnik, który wiąże wodę. Coś jeszcze? Oczywiście! Coś co skróci czas trwania biegunki. Mianowicie preparat antybiegunkowy! Przykładem środka łagodzącego objawy biegunki u dorosłych, dzieci i niemowląt jest Tasectan. Szybko radzi sobie z uczuciem napięcia brzucha i częstym wypróżnianiem. Pomaga w tym unikalny, potrójny mechanizm działania – “NEO”. Zawarte w preparacie substancje neutralizują białka odpowiedzialne za powstawanie stanu zapalnego, eliminują toksyny i patogeny, a także ochraniają śluzówkę jelit przez tworzenie na niej specjalnej powłoki. Ponadto Tasectan ma neutralny smak, a zawartość saszetki wystarczy rozpuścić w łyżce wody lub soku, dzięki czemu dziecko chętniej ją przyjmie.
Na zakończenie napiszę tylko jedno: ZDROWIA dziewczyny!
 
A jak masz jakąś swoją historię w zanadrzu to dajesz! W kupie weselej (tak, to się nazywa spoko suchar).

www.pdf24.org    Send article as PDF   

Leave a Comment