Dziecko samo bez opieki?! - Flow Mummmy
LIFESTYLE MACIERZYŃSTWO

Dziecko samo bez opieki?!

Może zacznę od tego, że nie panikuj, nie każę Ci zostawiać miesięcznego malucha na godzinę samego w domu, abyś mogła w tym czasie oddać się rozpustom, czyli wyskoczyć do Biedry na szybkie zakupy. Nie nie, aż tak wyluzowana to nawet ja nie jestem. Zresztą, co tu dużo mówić, ja chyba w ogóle nie jestem wyluzowana, a raczej nadopiekuńcza, panikująca, a do tego, jakby nie było mojej rodzinie wystarczająco ciężko, moja wyobraźnia pracuje jak złoto. W skróce George R. R. Martin mógłby się ode mnie uczyć (to ten od „Gry o Tron”).
 Pamiętasz pierwsze wyjście z domu bez swojego całkiem nowego dziecka? Znowu – nie mam na myśli, baletów, tygodniowych wakacji, czy całodniowej wizyty w SPA. Mówię tu o krótkim, 15 minutowym, wypadzie do sklepu. Pamiętasz jaki to był wyczyn? A może czekałaś na to jak na przysłowiowe zbawienie, które zwalczy u Ciebie pierwsze objawy nerwicy? Kochana każda mama tak ma! Poważka!
Przy Filipku, moim pierwszym synku, to był hardcore. Ojoj Justynko, co Ty żeś wtedy miała w głowie. Nie, nie chodziłam wszędzie z malutkim dzieckiem, szłam na zakupy, do kosmetyczki, normalne sprawy, tylko w mojej głowie były panika, najgorsze scenariusze i ta myśl „tylko ja go uratuję przed całym złem świata!”. Zachowywałam się tak, jakbym zostawiała kilkumiesięczne dziecko bez opieki, za to z całą listą obowiązków, które musi wykonać, z pożarem w pokoju i otwartymi oknami, przez które mógłby wlecieć orzeł i je porwać (tutaj chwila zrozumienia dla Rachel z „Przyjaciół”. Pamiętasz ten odcinek?). Panika totalna. Jestem pewna, że kiedy za pierwszym razem wracałam z takiej samotnej, kilkunastominutowej wyprawy po masło, biłam wszelkie rekordy prędkości w biegu na kilometr. Bo przecież wiadomo, że dalej nie odchodziłam.
Ok, ale tak było z pierwszym dzieckiem. Z każdym kolejnym było łatwiej, a na wyjście do „roska” czekałam jak na zbawienie, nalepszą imprezę, która łączyła Boże Narodzenie z urodzinami (oh wait! przecież mam tak co roku!). Wiedziałam, że bez przesady, że orzeł wcale mi dziecka nie chce porwać, że przez te 30 minut raczej na Ziemię nie spadnie meteoryt, wojna chyba też nie wybuchnie, a dziecko ledwie przekręcające się z brzuszka na plecy, niekoniecznie da radę spakować się i wyprowadzić. Mało tego, przecież zostawiałam je z jego tatą! Ewentualnie z kimś z rodziny!!! Heloł! Wyluzowałam. Bo się tego nauczyłam!
Później, stosunkowo szybko, bo jak wiemy, nikomu czas tak szybko nie pędzi jak nam rodzicom (no chyba, że siedzimy i bawimy się na dywanie zabawkami, wtedy to inna historia, wtedy 10 minut to jakby stracić pół życia w kolejce przy kasie), nasze dziecko staje się gotowe do zostania w domu. Samo! Samo samiusieńkie! I te telefony co 10 minut „żyjesz?! wszystko ok?!”. Każda mama tak ma! Te myśli, że na bank właśnie w tej chwili do domu zawita złodziej, ukradnie komputer i jeszcze zwędzi dziecko dla okupu. Że niby skąd ja na to pieniądze wezmę?! To są dopiero dylematy matek, które mają dzieci w wieku ok. 10 lat. Mówię Ci – jest świetnie, będzie jeszcze lepiej. Pomyśl o pierwszej kolonii! Ja to mam za sobą i powiem Ci jedno – lekko nie było…
Aaaa! Przecież zapomniałabym całkowicie o pierwszej samotnej nocy dziecka! To znaczy nie że samotnej, że niemowlę samo pod namiotem, nad jeziorem. Nie no, u dziaków! I zaś panika! I nieprzespana noc! I najgorsze scenariusze, że na bank babcia z dziadkiem głusi, chociaż mają jakieś 40-50 lat. Że nie nakarmią w nocy, że dziecko padnie z głodu, braku wody, wycieńczenia organizmu, ewentualnie wychłodzenia. I co 15 minut telefon do swojej mamy „ej! wszystko ok?! nic się nie dzieje?!”. Oczywiście wiadomo, że tak to jest przy pierwszym maluchu, przy 3 to człowiek sam wyłącza telefon, żeby nikt mu ciszy nie zakłócał, bo już wie, że babcia i dziadek nie są w ciemię bici i sobie poradzą doskonale.
Oj no i co ja mam powiedzieć? No przeżyłam to! Każda z nas przeżyła, albo dopiero stoi przed tymi mrożącymi krew w żyłach chwilami! Może nie zawsze tak intensywnymi, może niekoniecznie tak panikując, ale umówmy się – zmartwienie to drugie imię każdej matki. W mniejszym lub większym stopniu. Wydaje nam się, że tylko MY znamy nasze dziecko, tylko MY je uratujemy przezd całym złem świata i tylko MY damy morze miłości. No niekoniecznie :))
Wiesz co to Prawo Murphy’ego? Ono działa zawsze wtedy, kiedy wyjdziesz z domu bez dodatkowej koszulki dla dziecka – możesz być więcej niż pewna, że się obleje, uwali i na stówę będziesz jej potrzebować. Albo kiedy właśnie skończyło Ci się OC na samochód (pomijając, że to nielegalne) – oczywiście, że w tym samym dniu skontroluje Cię policja, albo będziesz miała stłuczkę. No życie! Znamy to wszystkie! Dlatego ja ubezpieczam całą swoją rodzinę – z myślą, że nigdy tego ubezpieczenia nie będę potrzebować (chociaż do lekarza to jednak i tak chodzimy, ale wiesz o co mi chodzi…) Na stronie LINK4 Mama  znajdziesz najnowszą ofertę LINK4 Mama, przygotowaną właśnie dla mam i ich dzieci. Po to, żebyś nie musiała się martwić o ani jedną dodatkową rzecz – ani o dostępność lekarza, ani o wolne miejsce w szpitalu, jeżeli dziecko będzie musiało do niego trafić, albo korepetytora, jeżeli okaże się, że Twój maluch będzie chorował przez dłuższy czas. W ofercie ubezpieczenia są: konsultacje telemedyczne z położną (czaaaad!), 50% zwrot kosztów za wizytę u specjalisty dla mamy, także 50% zwrot kosztów dietetyka (what?!), oraz oczywiście najważniejsze – pediatra pod telefonem 24/7. Oczywiście o Ubezpieczeniu od Następstw Nieszczęśliwych Wypadków nie muszę wspominać. Do tego pomoc prawna przy powrocie do pracy! A dla dziecka? (a raczej naszego spokoju) – także konsultacje telemedyczne, ubezpieczenie NNW oraz zwrot 50% kosztów wizyty u specjalisty (i pomoc w organizacji tej wizyty, co często tak naprawdę jest największym problemem). TUTAJ znajdziesz wszystkie informacje i dokonasz wyceny ubezpieczenia.
Macierzyństwo to mega hardcorowe uczucia. To nie tylko miłość, nie tylko potrzeba zaopiekowania się naszym dzieckiem, ale też strach o niego. W każdym aspekcie. I chyba to jest najgorsze w byciu mamą. Nie te nocne pobudki, nie brak chwili dla siebie , czy korzystanie z toalety z widownią. Oczywistym jest, że czujesz strach, który paraliżuje, sprawia, że w oczahc pojawia się ocean łez i jedyne co chce się zrobić to przytulić naszego maluszka (nawet jeżeli ma 11 lat) i powiedzieć mu „mamusia cię obroni”, ale ten strach da się oswoić! Da się z nim żyć, da się go ciut zmniejszyć i wcale nie wariować! Wystarczą tylko zdrowy rozsądek, wspierająca nas rodzina oraz przyjaciele, no i porządne ubezpieczenie na życie, ale wydaje mi się, że to już wiesz… I pamiętaj: #niebojsiebac

PDF Printer    Send article as PDF   

Leave a Comment