Mniej kochane dzieci z wpadki. - Flow Mummmy
MACIERZYŃSTWO

Mniej kochane dzieci z wpadki.

Wiesz, że ponoć jest przepis na idealne życie? Jestem prawie pewna, że znasz go doskonale. Nam – dzieciom lat 80′ i 90′, był powtarzany do znudzenia: szkoła, studia, praca, mieszkanie, ślub, dzieci. Nigdy w innej kolejności. Pomijając etapy skazana jesteś na porażkę, brak perspektyw, życie w rynsztoku i inne takie. Dziecko z wpadki? Whaaaat?! Nigdy! Przecież od razu wiadomo, że będzie mniej kochane, bo przecież z definicji nie jest upragnione. Chciane są tylko dzieci długo wyczekiwane, albo takie ze „złotego strzału”. Inaczej się nie da. Inaczej jest nie po bożemu.

„Ojoj, wpadka?”. Która z Was to zna? Ale tak szczerze? Której z Was, dziecko/dzieci, są wynikiem wpadki? Jestem przekonana, że przyzna się tylko część. Bo po 1 – to niestety na pewno oznacza, ni mniej ni więcej, że dziecka swojego aż tak to nie kocha. Przecież wiadomo, że kocha się tylko te dzieci, o które wojnę się toczyło z całym światem, a już na pewno ze swoim organizmem i organizmem swojego MĘŻA. A reszta? Resztę trzeba nauczyć się kochać… A po 2 – że była na tyle głupia, żeby dać się zapłodnić. Kto mądry  daje się zapłodnić, kiedy tego nie chce?!

„(…) jakiś czas temu spotkałam się z opinią, że rodzice po wpadce biorą przymusowe śluby, ich dzieci są traktowane bardziej jak przymus, obowiązek niż czysta przyjemność z posiadania ich. Że takie dzieci jak są już starsze, to czują, że nie byli mile widzianymi członkami rodziny.” Takich zdań jest w necie mnóstwo. Zresztą ten cytat wzięłam z pierwszego lepszego forum. Czy tylko mnie, poziom tej głupoty, przyprawia o gęsią skórkę? Czy tylko dla mnie jest to większa abstrakcja niż „cesarka to nie poród”? Bo o ile wiem (wiem, a nie rozumiem), że są kobiety, które gdzieś uwiera to, że nie urodziły dziecka naturalnie, tylko przez CC, tak już kompletnie nie ogarniam działania pt. „miłość do dziecka rośnie proporcjonalnie do długości starania się o nie”.

Dwójka moich dzieci to wpadki totalne. Piszę „totalne”, bo z użyciem zabezpieczenia. Dopiero Teodor był dzieckiem zaplanowanym, a i tak się śmiejemy do dziś z M, że zaszłam w ciążę już po pierwszym miesiącu, bo istniało zbyt duże ryzyko, że zmienimy zdanie na temat chęci posiadania 3 dziecka. To właśnie dzięki moim dzieciom wierzę, że wszystko w życiu jest „po coś”, że każde zdarzene niesie za sobą coś dobrego, że zawsze, ale to zawsze trzeba patrzeć na pozytywy. Że tylko od nas zależy czy świat jest szary, czy kolorowy.

Oczywiście, żeby było jasne – w idealnym świecie każda z nas zachodziłaby w ciążę wtedy kiedy chce, najlepiej od razu, bez problemów. Tyle, że świat idealny nie jest, my nie jesteśmy idealne. Nawet nasze dzieci nie są. Ale czy to oznacze, że jest gorzej? NO WAY!

Jestem dość mocno przekonana, że gdyby nie pierwsza wpadka, to najpewniej nie byłoby ani jednego z moich dzieci. Nie. Nie to że dzieci nie chciałam. Po prostu wpadka nr 1 doprowadziła mnie do takiego życia, w którym poznałam M. Inaczej nigdy byśmy się nie poznali. Wpadka nr 2? O matko. Ja wiedziałam, że chcę mieć drugie dziecko, tylko tak za 5 lat. Albo za 10. Albo w innym życiu… Codziennie dziękuję losowi, że tak sobie moje życie wymyślił…

Stereotyp to coś co jest mocno zakorzenione w naszej kulturze. Pierwsze dziecko? Obowiązkowo chłopiec. Drugie? No jak? Dziewczynka! Oczywiście z małą różnicą więku. Najlepiej pierwsze, żeby urodziło się po ślubie. Trzecie dziecko to zawsze wpadka. Na szczęście tutaj już darują na płeć, no chyba, że coś się spieprzyło w pierwotnym idealnym planie. Matka trójki dzieci? Obwisły brzuch, cycki do pępka, najchętniej widziana w worku na ziemniaki. Oczywiście 4 dziecko to już patolka. Tak

I tak wciąż się zastanawiam czy ja mam siłę walczyć z kolejnym stereotypem?!


PDF Printer    Send article as PDF   

Leave a Comment