Dzień, w którym osiągnęłam wszystko. - Flow Mummmy
LIFESTYLE MACIERZYŃSTWO

Dzień, w którym osiągnęłam wszystko.

Przeżyłaś kiedyś taki dzień?

Wszystko, po kolei się udaje. Ok, może nie wszystko, może i dzieciom zdarza się ciut głośniej marudzić, ale generalnie jest spoko. W końcu po kilku latach słuchania tych samych, porannych lamentów, człowiek może się zwyczajnie do nich przyzwyczaić, ogarnąć, że „sorry dziecko, ale dzisiaj nie wzbudzisz we mnie współczucia, tym że spidermanowi wyrwałeś nogę”. Mógł nie wyrywać i tyle. Zresztą to sprawa między nim a Spidermanem, niech sami rozwiązują swoje problemy.

Mi taki dzień przydażył się jakiś czas temu.

Była to nadzwyczajna sobota, wiecie taka z tych, kiedy to budzisz się sama, a nie jak zazwyczaj przez budzik, który chyba kiedyś połknęło twoje dziecko, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że wstaje ono samodzielnie, codziennie, o tej samej godzinie? No budzik na bank.

A co w sobotę robią wszystkie PORZĄDNE rodziny?! No sprzątają! I jeżdżą na zakupy 🙂 To właśnie wtedy postanowiłam, że zostanę bohaterem w swoim domu i spełnię reklamowe marzenie swoich dzieci. Można mówić o mnie różne rzeczy, ale jeżeli ktoś myśli, że ja na te wszystkie reklamy w internetach i tv się nabieram, no to ma rację. Jestem idealnym konsumentem, wierzę we wszystko, na wszystko się nabieram. Reklama musi być totalnie beznadziejna (wiesz, taka z tych, na które patrzysz i myślisz „cholera! kto to wymyślił? kto to zatwierdził?!”), żebym nie pomyślała o niej jak o szansie na lepsze życie. Konsumpcjonizm totalny. Na szczęście tylko w pierwszym odruchu. Po 10-15 minutach euforii, zaczynam analizować wszystko pod kątem „serio tego potrzebujesz, by żyć lepiej?”. W 99% przypadków pomaga. Niestety moje dzieci, które aż tak wyedukowane nie są i życia kompletnie nie znają, nie wiedzą że autko z czerwoną karoserią nie wzbije je na wyżyny mądrości i nie zaczną o nim mówić „to ten z wyższych sfer”. Sorry dzieciaki, nie tędy droga. Uczyć się marsz!

Zabawki dziecięce, dzielę na 3 kategorie:

1. te, którymi wiem, że moje dzieci się będą bawić,

2. te, dzięki którym spędzimy fajny, rodzinny czas,

3. te, niewarte ani złotówki.

I uwierz mi, zasady tej się trzymam non stop – kupuję rzeczy tylko z kategorii 1 i 2. Nie ma opcji, żebym wydała złamany grosz na coś, co wiem że chłopcy rzucą w kąt po 3 dniach. Fakt, kiedyś się zdarzało, ale od momentu, kiedy 2 kilogramy kotletów idą u nas w 2 dni, a nie w tydzień jak kiedyś, to ja jednak wolę się zastanowić zanim coś kupię (no chyba, że chodzi o buty, ale szanujmy się, buty dla matki to ważna rzecz, godność jej macierzyństwo może zabrać, ale butów nigdy!).

Kategoria nr 1, czyli rzeczy, którymi interesują się moje dzieci: u Brunka dinozaury i McQueen, czyli figurki, książki, kolorowanki i wszystko inne, u Edka superbohaterowie, a u Filipa wszystko związane z piłką nożną i Minecraftem. Prościzna.

Kategoria nr 2, to wszelkie gry, zabawy, puzzle, coś co sprawi, że będziemy się razem, rodzinnie bawić, ale nie tak, że „mamo pokoloruj ze mną”, a ja „zaraz, zaraz, za 5 minut, jutro”. A nawet jak już usiądę to i tak po 3 minutach, ręka samowolnie zacznie szukać tęsknie telefonu, lub innej drogi ucieczki. Nie nie. Wtedy to żadna zabawa, człowiek kończy poirytowany, dziecko zawiedzione i smutek w rodzinnym gronie gwarantowany.

Wracając jednak do tych zakupów sobotnich…

Wiecie, że supermarkety prześcigają się w promocjach… Znacie to. Znacie te wszystkie historie – jakaś matka kradnie naklejki, inna płaci za nie pierdyliony złotych monet, w ogóle szał ciał, a Ty stoisz i myślisz „serio?! za takie coś?! ja bym nawet za wymarzone buty tak się nie sponiewierała, no chyba, że za czekoladę, ale za to?!”. Bo ja wszystko rozumiem, rozumiem potrzebę, rozumiem wymagania, rozumiem marzenia dzieci, ale żeby aż tak dać się zwariować? I właśnie przez te wariactwa, bardzo sceptycznie do tych promocji podchodziłam. Aż pewnego dnia moje dzieci mi oznajmiły „mamo! chcę te karty!”.

I wiecie co? Dałam się nabrać na reklamę, dałam się nabrać totalnie i nie żałuję! Bo jak widzę coś, dzięki czemu mogę z dzieckiem spędzić fajnie czas, no to ja to kupuję! Totalnie! Jak widzę coś, dzięki czemu mamy ubaw po pachy i dzień zapełniony frajdą no to sorry, ale „shut up and take my money!”. Zwłaszcza, jeżeli to „coś” dostaję w gratisie, no ewentualnie za dyszkę.

Netto, po raz kolejny stanęło na wysykości zadania. Kiedyś były karty z przepisami, teraz są karty (za każde wydane 30 zł w sklepie otrzymuje się saszetkę z 4 kartami, ewentulnie taką saszetkę można kupić za 1,99 zł przy kasie), w którym znajdziemy propozycje przekąsek (a gotowanie z dziećmi zawsze jest spoko), zabaw na powietrzu i różnych łamigłówek. Do kart można dokupić album „Ze Scottiem do supermocy” (za 9.99 zł), w którym pełno jest zadań, łamigłówek i porad, aby zawsze być w superformie. Tak tak, całą akcją przewodniczy Scottie, który razem z kolegami (zwierzakami) zdradza triki jak żyć zdrowo, czyli żegnajcie cukierki, a witajcie zdrowe batony. Można mądrze? Można zdrowo? Fajnie? No można! Wystarczy się trochę postarać…

W tamtą sobotę osiągnęłam w życiu wszystko. Tak, może i banał, ale zadowolone dzieci, czas spędzony z nimi na wspólnym byciu, zabawie, śmiechach i tym poczuciu „warto było jechać te 15 kilometrów”, to naprawdę coś fajnego. Bo czasami naprawdę warto zwolnić, przestać myśleć o problemach dnia codziennego, ten jeden dzień skupić się tylko na fajnych rzeczach. To procentuje. W dzisiejszych czasach naprawdę trudno dostrzec przyziemnie radości, ale bez nich jakie byłoby życie? Raczej smutne…

A cała wyprawa do sklepu tutaj!


PDF Printer    Send article as PDF   

1 Comment

  • Qrcze, ja niestety mam ten problem, że dzieci małe i czytać nie potrafią 🙂 Są strasznie absorbujące, nie odpuszczają na krok niestety. Nie mogę się doczekać jak tylko zaczną same czytać i pisać, wtedy tylko łamigłówki, zagadki 🙂

    Wiem, że jest sporo zabawek, ale tak jak mówisz, 99% to chińszczyzna niewarta uwagi. Same książki też potrafią się znudzić. Najgorsze by w internety nie wlazły za prędko 🙂

Leave a Comment