Nie wychowuję synów dla siebie. - Flow Mummmy
MACIERZYŃSTWO

Nie wychowuję synów dla siebie.

Maminsynek – koszmar każdej kobiety.

Niech pierwsza rzuci kamieniem, która nigdy na swojej drodze nie spotkała faceta, który nie umiał wyprasować sobie koszulki, pralka miała zbyt dużo przycisków, gotowanie to w ogóle czarna magia, a przypalony garnek po gotowaniu wody to codzienność. „Umiem zrobić jajecznicę” – serio? To ma być osiągnięcie?

Znam takch, każda z nas zna. Koszmar, którego nie polecam żadnej kobiecie.

Mam trzech synów. Naprawdę zresztą fajnych. Takich co żartują, wygłupiają się, a jak trzeba walną matce taki komplement (np. ostatnio modne w naszym domu „mamuniu dla mnie zawsze jesteś piękna, nawet jak jesteś brzydka”), że łzy wzruszenia same zaczynają napływać strumieniami do oczu. Tak tak. Mam facetów, którzy sprzątają zabawki, po obiedzie wynoszą naczynia, a jak trzeba to nawet pranie posegregują. No dobra, to ostatnie zawsze muszę po nich poprawiać, no ale oni mają tylko po kilka lat, więc wybaczam im to. Za chęci dostają ode mnie w nagrodę 100 punktów, wymienialnych na jajka niespodzianki i resoraki.

Mam męża. Typ, który dom ogarnia lepiej niż ja. Dzieci ogarnia lepiej niż ja. Sprząta, gotuje, nie czeka na hasło „przydałoby się zrobić TO”, gdzie TO oznacza pierdylion różnych rzeczy. Sam zauważa, i to takie rzeczy, których ja sama wolę nie widzieć. Syf w kuchennych szafkach? Ja omijam, przekładam, robię tak, żeby nic nie wypadło. Mój M? Zwyczajnie sprząta, bo tak należy. Lepienie pierogów? Ja zrobię 3, z których 3 się rozwalą podczas gotowania, a on w tym czasie natrzaska obiad dla całej naszej rodziny, jak kucharka ze szkolnej stołówki. Fach w ręku jak ta lala. Skąd? Bo moja teściowa nie chciała być osobą, która wszystko robi w domu sama. I chwała jej za to.

Marzę by być fajną teściową. Taką, która nie będzie marudziła „o boże jak mój synuś źle trafił”. No chyba, że faktycznie źle trafi, no ale to wiadomo. Marzą mi się wieczory z synowymi, przy winie. Chcę, żeby na starość moje dzieci z utęsknieniem czekały na rodzinny obiad, i to nie dlatego, że zamierzam je gotować raz na pół roku. Chcę mieć takich teściów, jakich ma mój mąż. Serio 🙂 No dobra, jakich ja też mam 🙂 Bo akurat to nam się w życiu udało 🙂

Nie wychowuję synów dla siebie, wychowuję ich dla świata, dla ich przyszłej rodziny. Moje dzieci mają być ojcami zaangażowanymi, nie takimi, którzy od święta przebiorą dziecku pieluchę, a po tym będą oczekiwac od świata fanfarów, kubełków ze złotem i medalu „dla najlepszego taty na świecie”. Mają wiedzieć, że dom to wspólne dobro, a nie miejsce pracy kobiety. Mają gotować, sprzątać, bo tak właśnie okazuje się miłość – poprzez szanowanie wspólnej przestrzeni. W głowach im wyryję, że ciążą to nic fantastycznego, a poród to nie impreza przy fajerwerkach z darmowymi drinkami, że depresja poporodowa to fakt, a nie mrzonki. Mają wiedzieć, że rodzina to złoto, to skarb o który trzeba walczyć, dbać i za który trzeba dziękować dzień w dzień.

Nie chcę mieć w domu maminsynków. Chcę, żeby moje dzieci radziły sobie w życiu. Chcę, żeby były samodzielne, ale jednocześnie czuły się totalnie kochane. I tak się czują. Bo maminsynek to nie produkt nadmiernej miłości matki, tylko jej nieumiejętnego radzenia sobie z tym, że dzieci dorastają.

A Ty jakie masz zdanie na ten temat? A może masz synka i córeczkę? Jak sobie radzisz z wychowaniem ich? Bo umówmy się – ja mam ułatwione zadanie 🙂


PDF Creator    Send article as PDF   

Leave a Comment